Dzień z życia neurotyka

żurnalista

Od kiedy pamięta najmądrzejszy i najładniejszy na swojej ulicy. W wieku 5 lat otrzymał od rodziców kolorowe kredy z osiedlowego sklepu papierniczego. Zrozumiał wtedy swoją misję. Ludzie muszą go szanować, ale muszę to robić za coś – pomyślał. Ruszył z kredami na ulicę. Malował, pisał i upiększał okolicę rysunkami. Na Today.pl zamierza to robić swoimi tekstami.

 7 min. czytania
 3
 116
 1 listopada 2015
Kadr z filmu „Reżyseria: Woody Allen"
Jednym zdaniem: Zapukałem kilka razy w drzwi, dzwonka nie było, po paru chwilach zobaczyłem kobietę w zbliżonym wieku do mojego. Była śliczna; blondynka, jasna karnacja, uroczo zaspana – przypominała Magdę Cielecką.

„Podstawowym znakiem rozpoznawczym neurotyka jest nadmierna emocjonalność. Neurotyk wciąż się czymś zamartwia. Często pojawiają się u niego napady lęku, bez konkretnej przyczyny. Potrzebuje ciągłej akceptacji. Paradoksalnie swoim zachowaniem odsuwa się od ludzi, bojąc się odrzucenia i nie akceptując wzorców innych niż własne”.

– Moja Zosia jest wspaniała – powiedział z dumą Rafał. – Pamiętam, że kiedy zaczynałem się z nią spotykać, pękałeś ze śmiechu, mówiłeś, że małomówna, niska i to, że blondynka też Ci nie odpowiadało. A dzisiaj ja się z Ciebie śmieję; stary kawaler, smucący się nad swoim życiem...

– Dobra, skończmy już. Wkurwiasz mnie – przerwał Robert. – Jesteś taki jak oni wszyscy. Mógłbyś otrzymać tytuł „NAJLEPIEJ WYCHOWANEGO CZŁOWIEKA NA ŚWIECIE”. Opanowałeś do perfekcji tematy z zajęć „ODPOWIEDZIALNOŚĆ SAMCA W SPOŁECZEŃSTWIE” czy „IDEALNY RODZIC PRZED DWUDZIESTYM PIĄTYM ROKIEM ŻYCIA”. Ale na szczęście nie wszyscy są tacy. I nie wszyscy widzą szczęście w tym co Ty. Wkurzasz mnie swoimi głupimi pytaniami, swoją dobrocią. Gdybyś nie miał żony, pomyślałbym, że chcesz mnie przelecieć.

– Yyy...? – spojrzał z zażenowaniem Rafał.

– Co, będziesz teraz udawać kretyna, który nie rozumie, o co chodzi?! Dobra, stary ja spierdalam. Pamiętaj, Katarzynie dawaj jeść trzy razy dziennie. Dwa razy z kartonu niebieskiego i raz z czerwonego. Aha, i wychodźcie cztery razy na dobę.

– Cztery, dlaczego cztery?

– Bo jest dobrze wychowana, idioto i nie robi tego na dywanie. Odezwę się, jak dojadę do Gdyni – zakończył Robert.

Wyjazd

Do Gdyni jeżdżę dwa razy w roku. Gdyni Orłowo. Raz w zimę – pod koniec stycznia i drugi raz w ostatnie dni sierpnia bądź na początku września; w zależności jak mój menadżer rozdzieli urlopy. W zeszłym roku już w grudniu za nim biegałem i przypominałem, że w styczniu mam wykupiony pokój nad morzem. Kiwał głową, śmiał się, że biegam za nim jakby był panną na wydaniu. Skończyło się tak, że musiałem zmieniać termin wyjazdu z końca stycznia na połowę lutego. Nie znoszę go. Mojej pracy także nienawidzę. Nie tak moje życie miało wyglądać. Pięć lat filologi hiszpańskiej, świątek piątek ze słownikiem w ręku. Myślałem, że po trzydziestce będę mieć swój program w TVN. Jak Cejrowski. Podróże po całym świecie. Poznawanie nowych ludzi, dziewiczych miejsc. Wiecie, prawdziwe życie na poziomie. Każdego dnia nowa dawka emocji. Ta, emocji...

I co z tego wyszło?! Wielkie brązowe nic. Siedzę w ogromnym blaszanym magazynie i przyjmuję towar: żarcie dla psów, kotów i dla całej reszty sierściowych. Jedyna korzyść z tej pracy jest taka, że mogę podprowadzać jedzenie dla Katarzyny. Już dziesięć lat, jak pracuję w tej zwierzęcej Biedronce i nie wydałem jeszcze ani grosza na pieprzoną karmę.

Gdybym mógł. Boże święty. Gdybym mógł jeszcze raz pokierować swoim życiem od osiemnastki. Wszystko bym zmienił. Zacząłbym od... nie wiem od czego. Może jak miałem dwadzieścia jeden lat nie odpisałbym Baśce na SMS-a. Napisała z pytaniem, czy możemy się spotkać. Później wszystko się za szybko potoczyło. Przywiązała się ustami do mojego penisa i nie potrafiłem się z nią rozstać. Nie kochałem jej, ale z nikim innym lepszego życia erotycznego nie miałem. Gdy pewnego dnia powiedziała: „KOCHAM CIĘ JAK PRZYJACIELA”, poczułem się jak torreador zaatakowany przez byka – myślałem, że to już koniec przygody na tym świecie.

Później pół roku zapijałem smutek po kobiecie, której nawet nie kochałem. A być może pokochałem ją w momencie, kiedy ode mnie odchodziła. Dzisiaj opowiadam o niej jak o starym filmie, który obejrzałem dwadzieścia lat temu. Wtedy nawet po czterech latach potrafiłem się wkurwić, gdy ktoś o niej wspomniał. Na szczęście z wiekiem już się tak nie emocjonujemy, jak wtedy gdy mieliśmy dwadzieścia lat. Owszem, poznajemy piękne kobiety (w pełni nam oddane), ale to już nie to samo. Nie mamy tej formy co Lewandowski w meczu z Realem. Już nam tak nie zależy. Szukamy towarzystwa ze strachu przed samotnością, a nie z potrzeby miłości.

Pełna walizka doświadczeń w pewnym momencie życia staje się tak ciężka, że nie mamy siły jej dźwigać. Nie mogę słuchać, kiedy powtarzają, że mądrzejszy jest ten, kto więcej doświadczył. Jeżeli tak jest – ja chcę być głupi. Powtarzam: chcę być głupi! Poznawać wszystko pierwszy raz. Nie myśleć, nie zastanawiać się tyle, nie wątpić, aż w końcu nie zniechęcać się tak szybko. Wydaje mi się, że gdy byłem młodszy, cieszyłem się bardziej i prawdziwiej. Teraz też się cieszę, ale ograniczam się do wzniesienia kącików ust o pół milimetra. Nie przeżywam radości od środka. Wieczorem, gdy leżę w łóżku, nie wspominam radosnych sytuacji. Każdego dnia zasypiam myśląc: dlaczego w życiu zostałem tak skrzywdzony. Czy to przez to, że będąc dzieckiem nie jadłem chleba z masłem, podczas gdy wszyscy mnie o to prosili ?! A może dlatego, że mając piętnaście lat naplułem z chłopakami do wody święconej – chcieliśmy sprawdzić, czy objawi się szatan. Ja pierdolę, już sam nie wiem.

Muszę się pakować, późno się robi, a o piątej pociąg do Gdyni. Nie znoszę pakowania, wybierania, która koszulka bardziej zasługuje na wakacje: żółta czy niebieska. Albo czy zabrać spodnie dżinsowe, czy z materiału, które będą lepsze na randkę po plaży. Sam siebie okłamuję, że w końcu pójdę na taką randkę. Ostatnią miałem osiem lat temu. Łudzę się, że może jeszcze kogoś spotkam. Nie w pracy. Nie w drodze do domu. W Orłowie. W jedynym miejscu, gdzie nie czuję negatywnych emocji. Chciałbym kogoś spotkać. Nie takiego, co marzy o ślubie, dzieciach i niedzielnych obiadkach. Spotkać taką osobę, dla której Ja byłbym najważniejszy, a ona dla mnie. Nie chce rozdzielać naszej relacji między dzieci, wujków, babcie. Wiem, jestem obrzydliwym egoistą. Potrzebuję kogoś oddanego całkowicie, kogoś, kto nie zastanawia się, czy okulary słoneczne w zimę pasują, czy jedzenie obiadu w czapce jest kulturalne, albo czy wypada rzucić robotę chociaż na świecie wielkie bezrobocie. Nie wiem, czy istnieje taka osoba, ale w to wierzę.

Wizyta u wróżki

Dwa lata temu byłem u wróżki. Tak, wróżki. Wracałem z popijawy u Rafała (tego, u którego teraz zostawiłem Katarzynę). Było krótko po drugiej. Może trzeciej. Nie pamiętam. Przypominam sobie jednak, że stan, w jakim wtedy się znajdowałem, pozwalał mi wyłącznie na widzenie jaskrawych ulicznych reklam. W bramie niedaleko mojej kamienicy zauważyłem napis: „TAROT 24H”. Na trzeźwo bym się jedynie zaśmiał. Jednak tamtej nocy moja krew miała tak zwolniony obieg, że wrodzona ciekawość zwyciężyła.

Dotarłem w końcu pod drzwi, których szukałem. Chociaż nie bez trudu. Wejście po schodach, na piąte piętro tamtej nocy było Mount Everestem. Zapukałem kilka razy, dzwonka nie było, po paru chwilach zobaczyłem kobietę w zbliżonym wieku do mojego. Była śliczna; blondynka, jasna karnacja, uroczo zaspana – przypominała Magdę Cielecką. A być może byłem na tyle pijany i śpiący, że chciałem w niej widzieć Cielecką. Tamara – tak miała na imię – zaprosiła mnie do środka, poprosiła, żebym zaczekał w dużym pokoju, bo musi się trochę ogarnąć. Swoją drogą fajna praca. Pracuje dwadzieścia cztery godziny na dobę, ale jak nie ma klienta, to ma wolne.

Tamara bardzo szybko wróciła do dużego pokoju. Widocznie nie była tak zaspana, na ile moje mętne oczy ją oceniły. Zauważyłem, że zrobiła mocny czarny makijaż. Teraz wyglądała tak, jak sobie wcześniej wyobrażałem wróżkę. Kazała wylosować trzy karty, po czym zaczęła wypytywać: co robię, gdzie mieszkam, czy jestem z kimś związany. Pamiętam, że opowiadałem o swoich przygodach, popijawach z Rafałem, a nawet o dzieciństwie i pierwszych wakacjach nad morzem. Po dwudziestu minutach poleciła wylosować jeszcze jedną kartę, a po chwili kolejną, bo tamta była brudna i Tamara powiedziała, że „NAJWYŻSZY ZAMAZAŁ PRZYSZŁOŚĆ”. Byłem tak pijany, że wierzyłem w każde jej słowo. W pewnym momencie powiedziała: „TAM JEST TOALETA, WIEM ŻE CHCESZ”. Wtedy się wystraszyłem. Chciało mi się lać od dziesięciu minut, zresztą jak zawsze po alkoholu. Nic wcześniej jednak nie mówiłem, nie wierciłem się, a kobieta siedząca przede mną wskazuje toaletę i stwierdza, że wie, że muszę. Prawdziwa wróżka – pomyślałem.

Po powrocie z toalety i wylaniu z siebie czterech litrów piwa gwałtownie zrobiłem się trzeźwiejszy. Usiadłem do stolika i powoli zacząłem się zbierać. Gdy Tamara zauważyła, że już nie słucham jej z takim zainteresowaniem, poprosiła o zapłatę stu złotych. Trochę się speszyłem. Nie wiedziałem, że moja przyszłość jest tak droga. Jeżeli sam miałbym ją wycenić, to wizyta z pewnością byłaby darmowa. Chwilę później już byłem gotowy do wyjścia i zmierzałem do drzwi. Zastanawiałem się, czy wychodząc powinienem podziękować, skoro jedyne, co zapamiętałem, to jasno-zielona klapa sedesu. Tamara jednak pierwsza ucięła moje myśli, mówiąc: „NIE DZIĘKUJ, TRZYMAJ SIĘ TYCH MIEJSC I TYCH OSÓB, KTÓRE KOCHASZ”. Pomyślałem: Kurwa, damska wersja Paolo Coelho mieszka w mojej dzielnicy.

Całkiem trzeźwy wróciłem do domu. Później opowiadałem tę historię Rafałowi. Nie wierzy, że byłem u wróżki. Twierdzi, że szybciej zauważyłbym „Burdel 24h” albo „Nocny świat alkoholi”. Jednak przyjaciół się nie wybiera (selekcja odbywa się podprogowo), tak samo jak miejsc, których się trzymamy i które kochamy; kurwa, zaczynam mówić jak Tamara!

O piątej pociąg do Orłowa, a ja jeszcze nie wiem, która koszulka lepsza: żółta czy niebieska. I czy na tę randkę wybrać spodnie dżinsowe, czy z materiału. Pomyślę jeszcze trochę.

Udostępnij na  (116)Zobacz komentarze (3)