Dlaczego mój sprzęt audio brzmi lepiej niż Twój?

żurnalista

Lorem ipsum dolor sit amet, sed est. Nulla risus sit, condimentum nullam maecenas. Laoreet lectus placerat. Vitae gravida. Quam tristique, dis mollis sodales. Id urna error. Tellus lorem, eu ligula mi. Sem eget sed.

 7 min. czytania
 1
 379
 3 grudnia 2015
Jednym zdaniem: Krótkie kompendium wiedzy na temat starego, ale jarego sprzętu audio.

Pod koniec lat 70. i na początku lat 80. miała miejsce bardzo nietypowa wojna tj. pomiędzy producentami sprzętu audio. Firmy Pioneer, Kenwood, Sansui, Harman Kardon, Marantz, Yamaha, Rotel i jeszcze parę innych ścigały się ze sobą, mając tylko jeden cel: jak najwyższą jakość. Co roku każda z nich wypuszczała kilkunastokilogramowe wzmacniacze, amplitunery, gramofony itd. Każdy perfekcyjnie zaprojektowany i wykonany. Nikt nie oszczędzał na podzespołach, a obudowy wykonywano z aluminium i szlachetnego drewna. A sam dźwięk? Poezja, którą trudno pobić nawet dzisiaj.

W ostatnich latach zainteresowanie sprzętem z tamtego okresu wróciło. Dzisiaj możemy mówić wręcz o modzie na vintage audio. Nie ma się czemu dziwić – 35-letni amplituner nadal może działać niezawodnie, gra lepiej niż 99 proc. „wież” ze sklepu nie dla idiotów, a wygląda tak, że może zostać główną ozdobą salonu.

ach, te tłoczone w aluminium napisy Helveticą

Dowód? Oto mój Harman Kardon 730, 39-letni (tak!) amplituner (zwany kiedyś receiverem) kupiony na OLX za 550 złotych. Zachwyca pięknym, nadal wyglądającym nowocześnie, designem, będącym kwintesencją prostoty i przejrzystości. Gra przepięknie (unikalne rozwiązanie poprzez użycie 2 transformatorów) i pasuje do większości nowoczesnych wnętrz.

A propos walorów estetycznych – szczególnym upodobaniem cieszą się amplitunery, czyli połączenie wzmacniacza z tunerem radiowym. Wszystko za sprawą skali z częstotliwościami – często gustownie podświetlanej, która nadaje całemu urządzeniu ciekawego wyglądu. Znam takie osoby, wg których przygaszone światło wraz ze świecącym amplitunerem i sączącą się z głośników muzyką, „robią” nastrój lepszy niż sto palących się świeczek.

Muzyka, której słuchacie, zawiera dużo więcej dzwięków niż myślicie. I nie mówię tu tylko o słuchaniu bezstratnych (tj. nieskompresowanych – tak jak np. mp3) plików muzycznych – nawet zwykła empetrójka przepuszczona przez vintage’owy wzmacniacz brzmi bardziej dostojnie. Muzyka nabiera nowego wymiaru, który wręcz można odczuć fizycznie jako głębszy i bardziej mięsisty.

Kultowy Pioneer SX-1250 z podświetlaniem LED-owym

Szczytowym momentem w wojnie na jakość było wypuszczenie na rynek tzw. monster receiverów, czyli amplitunerów o mocy od 120W w górę. Takich modeli jest stosunkowo niedużo więc cieszą się szczególnym pożądaniem i kosztują nawet kilka tysięcy złotych. Niedoścignionym królem jest kultowy Pioneer SX-1250 – niezrównanie pięknie wyglądający i brzmiący. Recenzenci w swoich opiniach są zwykle zgodni i w rubryce „wady” wpisują zwykle: brak. Mocniejszy, choć niekoniecznie lepiej brzmiący, był już tylko monstrualny, 36-kilogramowy Pioneer SX-1980. Z tym odtwarzaczem zresztą łączy się ciekawa historia, będąca jednocześnie dobrym tłem dla całego zjawiska vintage audio. Otóż pewien zapaleniec postanowił zaprosić 8 osób i w ślepym teście poprosił o wybranie najlepiej brzmiącego wzmacniacza. Do konkurencji wybrał właśnie tego Pioneera, klasyczny amplituner Sony ze średniej półki i nowoczesny, topowy wzmacniacz Yamahy (ze wszystkimi jego „hade” – HDMI, DTS-HD Master Audio, Dolby TrueHD itd). Rezultat? 30-letni staruszek zmiótł konkurencję - 6 z 8 osób uznało właśnie dzwięk Pioneera za najlepszy, a Sony i Yamaha miały tylko po jednym fanie.

Nie myślcie jednak, że moc mierzona coraz większymi cyferkami ma tutaj kluczowe znaczenie. Dzisiejsze setki watów krzyczące z naklejek na współczesnych sprzętach mają się nijak do tych z przeszłości. W uproszczeniu można przyjąć, że sztucznie „pompuje” się dzisiaj parametry i taka „wieża na sterydach” z supermarketu nie zagra donośniej niż przeciętny 30-latek. Nawet prawdziwe 35W z tamtych czasów jest wystarczające, aby sąsiadom pospadały talerze z regałów.

Do powyższego sprzętu potrzeba oczywiście kolumn. Tu wybór mamy też niemały. Oprócz wcześniej wymienionych marek, produkujących również nagłośnienie, można przebierać w co najmniej kilkudziesięciu innych, nie mniej renomowanych producentach. Żeby tylko wspomnieć Canton, Klipsch, Heco, JBL czy też rodzime Tonsile. Różnią się od siebie wielkością, wyglądem, brzmieniem i oczywiście ceną. Trzeba zdać się na gust albo szczęście. Szczęście też w tym, że do większości sprzętów z dawnych lat można podłączyć 2 lub 3 pary kolumn i jednym przyciskiem zmieniać te, które chcemy, aby w danym momencie grały – nie trzeba więc decydować się na jeden model. Z powodzeniem można również użyć posiadanych już kolumn od typowej wieży – dźwięk będzie na pewno lepszy, wzrosną też walory estetyczne zestawu.

Rzadki Setton RS-220 (zaprojekowany podobno przez samego Pierre Cardina)

Od siebie mogę dodać jedną uniwersalną radę – celujmy w sprzęt z lat mniej więcej 1975-1985. Wcześniejsze konstrukcje nie u wszystkich producentów mogły osiągnąć szczytowy poziom, a późniejsze już ten poziom tylko obniżały. Wystarczy porównać budowę głośników niemieckiego Cantona w poszczególnych latach.

Trudno o lepszy przykład tego jak z "nowoczesnością" przyszła też gorsza jakość

Pierwsze z prawej to masywne, żeliwne z modelu GLE (1979), środkowe, widocznie skromniejsze, to Quinto (1981), a ostatnie, już plastikowe, to Karaty (1986). W zgodnej opinii tych, którzy porównywali wszystkie 3 serie, to te z końcówki lat 70. nadal brzmią najlepiej.

Czytając to wszystko, pewnie zastanawiacie się, co można dzisiaj zrobić z takim wiekowym sprzętem w dobie mp3, bluetooth i kina domowego? Otóż praktycznie wszystko. Poniżej kilka przykładów:

– Zacząć słuchać ponownie naziemnych stacji radiowych. Wystarczy kawałek drucika jako antenka i można szurać gałką w poszukiwaniu ulubionej stacji. Gdyby nie reklamy wszelkiej maści medykamentów, to słuchanie radia w ten sposób mogłoby być znowu czymś klimatycznym.

– Wyciągnąć ze strychu odtwarzacz CD, walkmana, gramofon itd., aby ponownie cieszyć się dawno niesłyszaną muzyką (wystarczy podłączenie przez złącze RCA/chinch – kabelek za kilkanaście złotych).

– Podpiąć do komputera przez złącze słuchawkowe i zapomnieć o mikroskopijnych piszczałkach dających tylko namiastkę tego, czym może być dźwięk (nie znam nikogo, kto nie poczułby wyraźnej różnicy w odbiorze teledysku puszczanego z YT)

Podłączyć swój telewizor i zastąpić wbudowane malutkie głośniki potężnym, soczystym dźwiękiem (podłączamy kabelkiem z końcówkami chinch, ew. przez przejściówkę do eurozłącza).

– Kupić na Aliexpress lub Allegro odbiornik Bluetooth i bezprzewodowo odtwarzać muzykę z dowolnego smartphona, tableta itd.

dla zaawansowanych podłączyć DAC (konwerter cyfrowo-analogowy) i odtwarzać bezstratną muzykę w formacie FLAC z komputera lub dysku sieciowego (NAS).

dla zaawansowanych podłączyć Airport Express lub Chromecast Audio i cieszyć się dużo większym zasięgiem i jakością niż w przypadku rozwiązania poprzez Bluetooth.

Powyższe funkcjonalności można uzyskać oczywiście we współczesnych pudełkach all-in-one dostępnych w sklepach, ale aby cieszyć się podobnej jakości dźwiękiem, trzeba wydać co najmniej kilkanaście tysięcy złotych. Chcąc mieć przy okazji sprzęt cechujący się wyszukaną elegancją, trzeba szykować już dziesiątki tysięcy złotych. Mówię to z pełną odpowiedzialnością, tuż po wizycie na targach Audio Video Show, gdzie klękałem z wrażenia dopiero przy sprzęcie za ponad 100 tysięcy (a można było i przed zestawem za 7 milionów :)).

Pierwsze cyfrowe wyświetlacze w Sansui - rok 1980

Jeśli kogoś zachęciłem na tyle, aby zanurkować w Allegro i kupić swój pierwszy zestaw, to warto zapoznać się z kilkoma praktycznymi radami:

– Przy zakupie sprzętu kieruj się w dużej mierze stanem technicznym i pasującą Tobie (lub wnętrzu) estetyką. Praktycznie każdy sprzęt do kilkuset złotych gra bardzo dobrze, a powyżej tysiąca – wyśmienicie.

Targuj się. Ceny sprzętu są bardzo płynne – nie ma tu rygorystycznego odniesienia do modelu czy rocznika jak w przypadku używanych samochodów. Utargowanie 10-25 proc. jest realne.

Głośniki kupuj u sprawdzonych sprzedawców, najlepiej takich posiadających własny serwis. Pamiętaj, że kolumna to praktycznie instrument muzyczny – wymaga konserwacji i trafiają się zużyte lub nawet uszkodzone egzemplarze.

– Marki dzisiaj niekoniecznie kojarzące się z wysoką jakością jak Kenwood, Pioneer, Technics, Sony czy Yamaha kiedyś produkowały naprawdę dobrej klasy sprzęt i stawiane były na tej samej półce co te o high-endowym rodowodzie (Rotel, Luxman, Sansui). Ten ostatni, Sansui, cieszy się szczególną estymą w branży – może dlatego, że wolał zaprzestać produkcji niż robić w nieskończoność plastikowy chłam ;).

– Oprócz wspominanych tu najczęściej japończyków warto zwrócić uwagę na ciekawie brzmiące i wyglądające produkcje niemieckie (Grundig, Telefunken, Saba, Braun, Nordmende itd).

– Miłośnicy polskiego sprzętu spod znaku Unitra, a w szczególności Radmor, muszą się pogodzić z zawyżonymi cenami w stosunku do jakości – sprzęt ten cieszy się szczególnym wzięciem wśród kolekcjonerów, co nie pozostaje bez wpływu na cenę.

– Dla wstępnego rozeznania „co i za ile” warto zobaczyć 3 filmiki z cyklu „Dobrze brzmiące stereo” dostępne na kanale Reduktor Szumu (Cz. 1, Cz. 2, Cz. 3).

Swoją przygodę można zacząć już za 200-300 złotych, a nawet mniej. Moja serdeczna przyjaciółka kupiła polską Toscę 303 wraz z kolumnami od Pana Włodka z OLX za równe 100 złotych.

– Dla tych, którzy przed zakupem lubią pomacać, polecam dwie warszawskie firmy: Studio Vintage Audio na Al. Waszyngtona 96B oraz Nomos na Tytoniowej 20 (zupełnie przypadkowo obie na Pradze ;)).

Miłego słuchania!

Udostępnij na  (379)Zobacz komentarze (1)